Dzisiaj dwudzieste szóste urodziny. Od kilku lat już nie potrafię się cieszyć z kolejnych rocznic. Życie mi się wykoleiło i z każdym kolejnym rokiem tracę jakiekolwiek poczucie sprawczości, dawne cele wydają się być nie do osiągnięcia, a nowych nie umiem/nie chcę/nie jestem w stanie wyznaczyć. Kilka lat temu życie wydawało się proste - jako dziewiętnastolatek byłem absolwentem liceum z całkiem dobrze zdaną maturą, w niezłym stanie fizycznym i psychicznym, szedłem na studia żeby zdobyć inżynierkę i zacząć pracować w branży, gdzie już pracował mój dziadek i wujek (energetyka), po studiach ogarnąć się zawodowo i zacząć myśleć o założeniu rodziny. Na liście przyjętych miałem dość wysoką lokatę (w przeciwieństwie do Islandii znalazłem się w pierwszej piątce). Niestety szybko okazało się, że zwyczajnie... sobie nie radzę (problemy z myśleniem przestrzennym i absolutny brak talentu do rysowania czegokolwiek mocno mi utrudniły zaliczenie wielu przedmiotów).Nic to - po roku zmieniłem studia i poszedłem na rachunkowość, księgowych też na świecie przecież potrzebują. Szło mi całkiem nieźle i zaliczałem kolejne kolokwia, egzaminy i przedmioty. Do czasu aż na trzecim roku przyszedł COVID i wszystko mi się zawaliło przez nagłą zmianę warunków, w których musiałem funkcjonować. Przedmioty jakoś wyciągnąłem, ale samą pracę dyplomową musiałem przełożyć o rok i tym sposobem byłem już dwa lata w plecy (za to kilkanaście kg do przodu, bo sporo masy nabrałem przez ciągłe siedzenie w domu).We wrześniu 2021 obroniłem się i nagle wpadłem w niechciany NEET. Przez pół roku chodziłem na kolejne rozmowy, niestety bez żadnego powodzenia. Okazało się, że moje niedostatki społeczne (w jakimś stopniu pokrywające się ze spektrum autyzmu; w rodzaju problemu z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego, mechanicznie brzmiącego głosu, problemu z mową ciała, pewnej ogólnej niezgrabności ruchowej itd.) nie przeszkadzały mi w dość ustrukturalizowanym środowisku szkolnym czy na uczelni, ale na rynku pracy nagle dość mocno i szybko mnie dojechały. Po pół roku takiego wymuszonego NEETu załapałem się na półroczny staż z Urzędu Pracy. Dość powiedzieć, że niczego przydatnego się na nim nie nauczyłem (miałem się uczyć zawodu księgowego, a zamiast tego zdobyłem wiedzę z zakresu szybkiego składania kartonowych pudełek i przybijania pieczątek na przychodzącej dokumentacji), a pieniądze były praktycznie żadne (połowa minimalnej, o ile pamiętam).Przetrwałem i poszedłem na praktyki w audycie w Big 4, na które jakimś cudem się załapałem kiedy jeszcze byłem stażystą w szpitalu. Szybko się okazało, że rzeczy w rodzaju ilości godzin do przepracowania, intensywności samej pracy, ciągłej zmiany miejsca pracy (jeżdżenie po klientach mających siedziby w samej Łodzi i okolicach), funkcjonowania w trybie projektowym (a co za tym idzie ciągłe terminy do dotrzymania) i problemy z uzyskaniem klarownych instrukcji od przełożonych składają się na mało przyjemne doświadczenie. Nie radziłem sobie, coraz gorzej się czułem (zaczęła mnie dopadać bezsenność) i wiedziałem, że na asystenta raczej mnie nie wezmą, więc sam poprosiłem o rozwiązanie umowy (miałem pracować od października do maja, a wyszedłem w styczniu).Kolejne kilka miesięcy NEET i tułania się od rozmowy do rozmowy aż wylądowałem w budżetówce i tutaj nie jest w końcu najgorzej. Mam uczciwy etat, przepracowuję 8 godzin, ludzie w pracy są w miarę mili (w pokoju poza mną 7 starszych ode mnie kobiet, ale takich proporcji się w księgowości raczej nie uniknie). Problem taki, że płacą mi na tyle mało (4100 brutto), że nie dałbym rady się za to w Łodzi utrzymać i ratuje mnie tylko mieszkanie z rodzicami, a praca sama w sobie jest raczej mało rozwijająca i perspektywiczna - z awansem czy nauczeniem się czegoś nowego ciężko, a obowiązki to przede wszystkim kontrola formalno-rachunkowa przychodzących drogą elektroniczną faktur i zestawień (medycznych, więc nawet się nie trzeba przyjmować VAT) oraz rzadkie księgowanie ręczne, jak akurat się jakaś papierowa faktura pojawi. Realnie pracuję z 3-4 godziny z ośmiu, a przez resztę przeglądam Internet albo wpatruję się w pustkę (w gorszym wypadku zapadam się we własne myśli i rozważam przyszłość). Na razie nie jest źle, póki co od września idę na weekendowy kurs księgowy w SKwP i kontynuuję naukę włoskiego, a potem się zobaczy.Problem jest taki, że generalnie jestem w życiowej dupie praktycznie w każdej możliwej dziedzinie. Finansowo jest bardzo kiepsko, do niedawna myślałem, że będę mógł liczyć na mieszkanie po jednej z babć, ale rodzice postawili sprawę jasno, że sprzedają i idzie na ich emerytury. Z takimi zarobkami (od stycznia dogoni mnie minimalna) nie mam co nawet myśleć o przeżyciu poza domem rodzinnym , a co dopiero zbieraniu na kredyt albo zakładaniu rodziny. Ze znalezieniem kobiety też problem będzie przeogromny, bo mało uspołeczniony jestem (mam tylko kilku znajomych z liceum, z którymi wciąż utrzymuję kontakt), a ostatnie kilka lat zmieniło mnie w jeden wielki kłębek nerwów i ograniczyło do pozostawania w codziennej rutynie (praca, obowiązki domowe, jak się uda to gry komputerowe, książki albo jakiś film/seria, a w weekend dłuższy sen i niedzielna msza do zaliczenia), więc dla większości do tego będę nudny. Stary niby nie jestem, ale mam wrażenie, że to już dla mnie bardziej koniec niż początek. O sznurze czasami myślę, choć zawsze dochodzę do wniosku, że póki co jest to kiepski pomysł (argumenty od religijno-moralnych po możliwość zmiany jeszcze czegoś w tym życiu). Co przyniesie przyszłość nie wiem.#przegryw #neet

