#zalesieCo z ludźmi jest nie tak?Ja: 27lvl, wyszłam za zaradnego faceta 31 lvl, ale z dużej rodziny. Wsparcie od rodziców ja i on mamy, ale drobne (rodzice zwykli pracowici ludzie, którzy chcą każde swoje dziecko wesprzeć - ani ja nie jestem jedyna u siebie, ani mąż u siebie). Mieszkamy na wynajmie, ale zarabiamy dobrze i odkładamy sporo (~10k-13k na miesiąc) z myślą o swoim mieszkaniu. Jak przyjdzie czas na zakup to rodzice i teściowie pewnie dołożą na wykończenie 100-150k. Mąż upiera się, że nie chce kredytu co komplikuje sprawę i odciąga temat na pewnie minimum 1-2 lata.Przyjaciółka: 27lvl, wyszła za rówieśnika. Ona i on zarabiają dobrze, może troche gorzej niż my ale on jest z bogatego domu. Mają mieszkanie od rodziców 80m2 przy metrze, kupili działkę z myślą o budowie, zbierają na dom.Przyjaciółce po pandemii żaliłam się, że bez mieszkania dziecka nie zrobie sobie, a chciałabym, bo to zbyt ryzykowne. Weszło wtedy sporo zmian, co dotknęło mnie mocno - wszystkie Polskie Łady zmieniające sposoby rozliczania jak w kalejdoskopie, kończył mi się pit 0%, wynajem mi skoczył bo pół ukrainy przyjechało, mieszkania skoczyły bo najpierw zerowe stopy, a później ogłosili bk2%Mówiła z mądrą miną, że zawsze mi coś będzie nie tak i nie powinnam uzależniać dzieci od posiadania mieszkania. Powiedziałam dość kwaśno, że napewno jej łatwiej tak mówić jak ma gdzie te dzieci planować.Rok/dwa później ona zaszła w ciąże, ale poroniła. Zmieniła pracę… no i powiedziała teraz, że nie chce się starać ponownie do czasu aż nie będzie mieć UoP na czas nieokreślony - mimo, że ma mieszkanie, działkę pod budowę i męża z zarobkami 10k+ netto, sama ma wykształcenie i doświadczenie, które nie jeden pracodawca doceni i z rynkiem warszawskim po ciąży na luzie coś znajdzie. Czemu w jej sytuacji UoP gra ma takie znaczenie, a moja potrzeba stabilności mieszkaniowej już nie?Kuzyn: 30lvl, gniazdownik. Pracy nie zmieni na lepszą bo lubi to co robi. Zarabia mało mimo bardzo ciężkich inżynierskich studiów, stać byłoby go na wynajem kawalerki ale już na utrzymanie się w niej niekoniecznie. Nigdy nie mieszkał sam, bo "nie będzie czyjegoś kredytu spłacał". Ostatnio dorósł do tego aby myśleć o wyprowadzce - powiedział, że jak nie odłoży minimum 100k to nie będzie czuł się dobrze na wynajmie.Jesteśmy ze sobą blisko, więc rozmawiam z nim o swoich planach - jak powiedziałam, że celujemy w 70-80m2 za około 700-1200k to zaczął mnie pouczać, że dom to większe bezpieczeństwo.Argumenty typu: na jaką lokalizacje mnie stać, jest dużo więcej decyzji do podjęcia i nie jesteśmy w stanie z mężem tego ogarnąć na ten moment, chodzenia po urzędach, dom zaczyna się od 400k (bez ziemi) i kończy na "sky is the limit" a poza tym argumenty typu nie mam czasu budować domu 5 lat, a jak założę rodzinę to chce z nią spędzać czas a nie na drugi etat robić w okół chaty i wykańczać się 2-3h dojazdów dziennie totalnie do niego nie docierały (to są argumenty odwołujące się do mojej traumy dzieciństwa, rodzice zawsze zajmowali się zarabianiem na ten betonowy kloc, mimo dobrej lokalizacji i tak było to daleko i ciągle byłam uraczana obowiązkami typu malowanie płotu, koszenie trawy, sprzątanie tej willi 150m2 - nawet jak ja miałam czas i siostra, to oni nie mieli i w sumie czułam się pozostawiona sama sobie, bo nie było rodzinnego "quality time").Mam wrażenie, że za mojego kuzyna pranie i jedzenie robi matka, 3/4 opłat to nawet nie wie, że istnieją - mi chętnie będzie narzucał wszystko związane z domem, gdzie margines błedu przy prowadzeniu się to 5 lat a wykończenia to czasami i 20%, a sam chwilę wcześniej gada, że do spokojnego wynajmu potrzebuje 100k…Czemu ludziom jest tak łatwo pouczać i prawić mądrości gdy sami widzą problem w drobnostkach?

