Zwolniłem się ze spółki, która leciała na dno a kredyty i wsparcie spółki "matki" jedynie trzymały ją przy życiu. Czułem, że nie ma sensu trwać w tym gównie, więc postanowiłem zmienić kurs. Poszedłem do innej firmy, myśląc, że to szansa. Perspektywy były fajne, zespół okej. I co? Gówno. Wpadliśmy w kontrakt z inwestorem, który uważa, że płacić za swoją własną długoterminową porażkę to nie jego problem. Kasa pusta, wszystko na kredytach, a perspektyw brak. Nie ma się z czego odbić, wszystko stoi w martwym punkcie. Szefostwo widzę, że nie ma pomysły na to jak się odbić. Widzę już brak zaangażowania i powolne godzenie się z upadkiem.Ledwie trzy miesiące minęły, a ja już czuję, że znowu muszę uciekać, bo ta firma nie ma żadnej wizji. Patrzę na to wszystko i nie wiem, co mnie bardziej wkurwia: to, że znowu muszę szukać czegoś nowego, czy to, że mam wrażenie, że na każdym kroku ktoś daje mi pchać się do jeszcze głębszego bagna. Czasem mam wrażenie, że nic się nie zmienia tylko miejsce, w którym tonę.Wkurwia mnie to, że niby człowiek chce coś zmienić, a ciągle wpada w te same pułapki. Błędne koło: zmieniając firmę, zmieniasz gówniane okoliczności, ale koniec końców i tak jesteś na tym samym poziomie. I tak, kurwa, ciągle się pchasz w gówno, bo nie masz wyjścia. Po prostu musisz coś zrobić, bo przecież nie będziesz stał w martwym punkcie. Ale w tym wszystkim coś umiera.Kiedyś myślałem, że przejście do innej firmy to szansa na lepsze. Teraz widzę, że to po prostu kolejna dziura w tym pierdolonym systemie, który cię zżera. W sumie nie wiem, czy się poddawać, czy po prostu szukać kolejnej rynny, w którą się wpakuję. Ale jedno wiem – już mi się nie chce. I tak codziennie pytam: jak długo jeszcze? Na co to wszystko?#praca #pracbaza

