Drogie Mirki i Mirabelki, Niebiescy i Różowe:tl;dr od 7 lat jestem w związku, w którym wszystko robię sam: utrzymuję dom, płacę rachunki i podatki, robię zakupy, gotuję, sprzątam, ogarniam sprawy techniczne. SEKSU nie ma od roku, bo przestałem inicjować. Dom jest formalnie mój, a rozstanie to w praktyce jedna rozmowa i spakowanie jej rzeczy. Ona żyje wygodnie, nie przejmuje obowiązków i buduje swój kapitał. Czuję się jak frajer i bankomat, nie jak partner. Chcę odejść i chciałem się tylko utwierdzić w moim przekonaniu.Będzie długo:Mam 37 lat, 7 lat związku (BEZ ŚLUBU i BEZ DZIECI) i coraz większe poczucie, że sam sobie wychowałem księżniczkę-nieroba. Piszę, bo chcę skonfrontować swoje odczucia z opiniami innych i upewnić się, czy to ja coś widzę krzywo, czy po prostu za długo zgadzałem się na chory układ.Na co dzień wygląda to tak, że JA robię i ogarniam praktycznie wszystko.Ja gotuję, ja robię zakupy, ja sprzątam, ja ogarniam dom, naprawy, rzeczy techniczne, prace fizyczne. JA płacę rachunki, podatki, utrzymuję bieżące życie i całą logistykę. Ona ogarnia absolutne minimum, robi pranie, czasem coś posprząta i tyle.Dużo rzeczy robię „dla nas”, bo ktoś musi, ale jest też masa rzeczy, które robię TYLKO dla niej – wożenie, załatwianie spraw, pomoc, organizowanie. To wszystko stało się oczywiste i „należne”, bez wzajemności.Przez długi czas to akceptowałem. Ostatnio trochę wszedłem w redpile i zacząłem rozmawiać z kumplami, i trochę przejrzałem na oczy. Jednocześnie zacząłem komunikować, że fajnie byłoby, gdyby czasem ona ugotowała obiad, zrobiła kolację albo śniadanie, albo przejęła część prostszych obowiązków.Efekt? Najczęściej nic. Czasem jakiś symboliczny gest. A gdy próbuję to nazwać, pojawia się foch, cisza albo obrażanie się. Finalnie to JA mam poczucie winy, że „robię problem”.SEKSU nie ma od około roku. Nie dlatego, że nie mogę, tylko dlatego, że przestałem inicjować. Przez lata wszystko było na mojej inicjatywie. Przestałem czuć się pożądany, więc przestałem zaczynać. I seks po prostu się skończył, było i ni ma, nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? Na początku związku było inaczej – była iskra, zdarzało się, że ona inicjowała. Najmocniejszy sygnał, który mnie otrzeźwił, jest taki, że kiedy ona gdzieś wyjeżdża, jakiś wypad z koleżankami na weekend, to ja czuję ulgę. Spokój. Ciszę. Oddech. Nie tęsknotę. Myśl o byciu samemu przez jakiś czas wydaje mi się lżejsza niż trwanie w tym układzie.Dla jasności: dom, w którym mieszkamy, jest formalnie mój (za swoje kupiłem działkę, w większości za swoje wybudowałem dom, sam ogarniałem całą budowę, jej wkład jest bardzo niewielki, max kilka % już na etapie meblowania). Nie ma wspólnych kredytów ani skomplikowanej logistyki. Rozstanie to dosłownie jedna rozmowa i spakowanie jej rzeczy. Mimo to łapię się na tym, że odwlekam decyzję, bo przez lata przyzwyczaiłem się do tego układu. My się już nawet nie kłócimy. Ja cenię sobie przede wszystkim spokój i brak dram, więc zaciskam zęby i robię swoje.Chcę to zakończyć, ale nie mam odwagi, i nie wiem jak to logistycznie ogarnąć.I szukam potwierdzenia mojej decyzji, może ja o czymś nie wiem, może ja czegoś nie rozumiem.Nie pytam, czy ona jest zła, bo ona prawdopodobnie nie robi tego 'po złości' tylko z przyzwyczajenia (które ja jej przez lata dałem).Pytam, czy ze mną jest wszystko w porządku, że nie chcę już dźwigać wszystkiego sam. Trochę też przestałem bać się, że jeżeli zakończę ten związek to do końca życia będę sam - mam swój dom bez kredytu, 15k na rękę, jestem ogarnięty, więc jest szansa, że jeszcze jakaś normalna różowa jest mi pisana.#zwiazki

