Chyba po 5 latach podejmę decyzję o rozstaniu się z partnerką… Od 4 lat mieszkamy razem, bywało lepiej oraz gorzej, ale wszystko zmieniło się w mojej głowie po tym, jak wróciła w środku nocy do domu z siostrą, pijana - siostra zaczęła wymiotować na kanapie i ja wściekły (no jak można nie być wściekłym jak w środku nocy budzi człowieka raban i zastaje w salonie taki widok) wziąłem jej siostrę za fraki do toalety…Po czym znienacka zostałem uderzony - raz, drugi, trzeci. Nie oddałem, po prostu ją przytrzymałem, aż zejdzie jej ciśnienie. Później oczywiście cały ten chlew sprzątałem sam, sam też prałem kanapę. Powiedziałem, że jutro może się pakować i nie chce już jej widzieć na oczy. Natomiast wynajmujemy mieszkanie razem i nie jest to takie hop siup. Nigdy też nie kończyłem tak długiego związku, nawet nie wiem jak to oznajmić, że to koniec. Od tamtego incydentu nie jest to dla mnie już ta sama osoba i przez kilka miesięcy dałem sobie szansę czy po prostu może być jak dawniej, czy widzę swoją partnerkę tak jak wcześniej. Nigdy w życiu nikt mnie nie okładał z taką wściekłością i niestety coś we mnie pękło, nie ma do niej już za grosz zaufania. Seks? Jakakolwiek bliskość? Wolę siedzieć w pracy dłużej, na siłowni, niż wracać do domu i brać kąpiel w tej toksycznej atmosferze, bo obydwoje boimy się to skończyć. Przekonałem się na własnej skórze, ze można oberwać zupełnie za nic od teoretycznie najbliższej osoby… Pytanie do was: jak to zakończyć? Zapewne wielu z was było w podobnej sytuacji, na granicy zakończenia mogłoby się wydawać, poważnego związku. #zwiazki #rozowepaski

