Mirki proszę o radę, bez złośliwości, bez moralizowania. Jestem w związku dwa lata, rok mieszkamy razem. Przez ostatnie trzy lata, zanim poznałem różową, bardzo mocno się rozwijałem zawodowo. Dwie trudne podyplomówki, jeden język z A1 do B2/C1, jeden kurs specjalistyczny, a przede wszystkim ostry zachrzan w robocie (międzynarodowe korpo) i poważny awans. Rzeczywistość wygląda tak, że obecnie ja mam 16k netto (uop), a różowa niecałe 4 (zlecenie w januszexie). Podczas ostatniej poważnej rozmowy powiedziała, że czas na stabilizację i konkretne plany. Zaręczyny, termin śluby, a po tym od razu wspólny kredyt na mieszkanie. Zdałem sobie sprawę, że nie chcę być w takiej sytuacji. Nie zrozumcie mnie źle, kocham ją, jest mi z nią dobrze, ale dzieli nas przepaść zawodowa. Nie piszę, że intelektualna, bo to naprawdę mądra dziewczyna, dużo czyta, uczy się, ale zawodowo nieogar. Gdyby jeszcze akceptowała tradycyjny podział ról, że ja zarabiam a ona ogarnia dom, to spoko, ale słyszeć o tym nie chce, bo "związek ma być partnerski". Dostałem deadline do końca miesiąca na oświadczyny, albo rozchodzimy się. Rozkminiam bardzo, bo po prostu mi na niej zależy, ale nie potrafię przeskoczyć mentalnie kwestii finansowej. Nie chcę wiązać się partnersko z kimś, kto jest na ponad 4 razy niższym poziomie zarobkowym ode mnie. Napiszcie proszę jak to wygląda z boku? Czy ja faktycznie jestem materialistą i za dużo chcę, czy po prostu dbam o swój interes? A może współczesny świat tak już wygląda. Obecnie jestem mocno na nie z tymi zaręczynami i gotowy do rozstania, chociaż jak pisałem, przykro mi bardzo, bo dziewczyna fajna. #zwiazki #przegryw

