Ostatnio wymyśliłem dlaczego nie jestem zadowolony ze swojego życia. I wyszło mi, że chodzi o to, że nigdy, ale to nigdy nie miałem żadnego celu typu ambitnego. Czegoś takiego co po prostu bardzo bym chciał zrobić/mieć i aktywnie bym działał, pokonując wszelkie przeciwności aby to osiągnąć. Wszystko co mam lub "osiągnąłem" życie samo mi podsuwalo pod nos, a ja to po prostu akceptowałem. Po prostu się to wydarzało, a ja się na to zgadzałem. Szkoła, studia, wiadomo - wszyscy tam szli, to pójdę i ja. A że nie interesuje mnie to? No trudno. Potem praca - dostałem się do korpokołchozu, gdzie wcale dobrze nie płacili, ale nie chciało mi się zmieniać i już 12 lat tu siedzę. Żona - karyna, dosłownie pierwsza jaka nie uciekła, nawet jej za bardzo nie lubię, ale chciało mi się ruchać. Po kilku latach (jeszcze przed małżeństwem) uznałem że i tak szkoda zachodu na jakieś rozstania, za dużo komplikacji i za duże koszty i tak oto sobie jesteśmy (ona myśli że jest ok). Żona mówiła że musimy kupić mieszkanie, to kupiliśmy - ja oczywiście nie chciałem bo po co, ale na wynajmie z dzieckiem było ciasno i wymusiła to. Tak oto stałem się dodatkowo niewolnikiem banku. Córka - no mam, ale ani mnie nie interesuje jej rozwój, ani jakieś dbanie o nią. Michę podstawić, byle na głowę nie kapało i tyle rodzicielstwa z mojej strony. Nawet auto mam 25-letniego szrota które mi 15 lat temu matka kupiła, ledwo jeździ ale nie chce mi się go zmieniać xD Nigdy mi na niczym nie zależało, ech.#przegryw #zwiazki

