Jaki w ogóle jest sens bawić się w giełdę (nie mówię o bezpiecznych etfach sp500), jeśli człowiek ma relatywnie wysokie zarobki?Załóżmy, że komuś zostaje ok. 40k miesięcznie po podatkach i kosztach życia. Ostatnio patrzę na różne spółki związane z AI/pamięciami/półprzewodnikami i mam taki mindfuck.Jak wrzucę 10–20k w akcje, to nawet jak zrobią +10–20%, zysk jest w sumie marny w stosunku do tego, ile mogę zarobić pracą w dzień/w kilka dni / tydzień. Niby fajnie, ale życia to nie zmienia. A dodatkowo dekoncentruje mnie to i zabiera czas, który mógłbym poświęcić na ludzi/sport/cokolwiek.Jak wrzucę większą kwotę 50-100k, to zysk zaczyna być odczuwalny, ale wtedy strata też zaczyna boleć. I szczerze mówiąc, wiem, że psychicznie nie pogodziłbym się łatwo z tym, że np. 20–30k wyparowało mi na złym wejściu albo korekcie. Jestem za słaby psychicznie na to.Do tego obecnie doszkalam się z AI, bo w firmie cały czas otwierają się nowe pozycje na lepsze stanowisko / opcja awansu, więc mam wrażenie, że inwestowanie czasu w skille ma dużo lepszy stosunek zysku do ryzyka niż gonienie świec na giełdzie.Ktoś był w podobnej sytuacji? W którym momencie uznaliście, że aktywne granie na giełdzie nie ma sensu względem skupienia się na zarobkach, karierze i ewentualnie pasywnym inwestowaniu?#gielda #finanse #inwestowanie

