TL;DR: inni mają lepiej niż ja i jest mi z tym przykro.Czuję, że przegrałem życie. Mam dopiero 30 lat, czyli wszystko przede mną, ale patrzę po bliskich znajomych i jeden ma żonę lekarkę, drugi jest informatykiem, trzeci odziedziczył jakieś mieszkania i miał wykład żeby ruszyć z własnym biznesem, a ja mimo dobrych studiów inż here, to nie stać mnie na kupno mieszkania. Mieszkam z żoną u mojej mamy, nie stać nas na chociaż kawalerkę. Jesteśmy za biedni na kredyt i za bogaci na mieszkanie od miasta. Dołujące jest to, jak widzę że rodzice pozostałych kupili im mieszkania, a nawet domy, mają firmy. Mieli łatwiejszy start i nawet nie wiedzą ile to wyrzeczeń żeby pozbierać na wkład własny, a też nie chcemy mieszkania 40m2. Boże jakbym jeszcze raz mógł się urodzić, może coś inaczej bym zrobił. Mam wrażenie że nie dość że jestem najbiedniejszy, to się czuję prawie najmądrzejszy z całego grona i to mnie blokuje przed każdym ryzykiem. Zresztą z czym wejść w biznes jak w oszczędnościach 5k, śmiech na sali. Chciałbym wygrać w lotka, mieć jakieś poważniejsze pieniądze, może bym rozkręcił jakiś biznes. Myślałem, zeby nawet dorywczo sprzątać groby, ale zerowy odzew. To jest takie dołujące jak patrzę na swoją żonę i czuję, że jest jej przykro, że nie mamy własnego mieszkania, ale też i ona nie ma bogatych rodziców. Nie mamy co liczyć nawet na drobną pomoc finansową, a moim znajomym rodzice kupują kurwa działki. To jest tak niesprawiedliwe. Ciężko mi się cieszyć ich szczęściem. Jeszcze jestem często zapraszany na urodzony, ja wiecznie skromny, nigdy nie wymagałem jakoś prezentów na urodziny, zawsze uważałem że jak będę coś potrzebować to sobie to kupię. Znajomi nie mają problemu żeby wybrać sobie jakieś prezenty za 2 tyś złotych i więcej, przez co każda impreza to jest 100zl minimum. Dla nich to mało, dla mnie to kolejna 100 dalej od zdobycia czegokolwiek. #zalesie

