Nienawidzę świąt i tego czasu koło niego. Mam od lat w pracy urlop świąteczny 3 tygodnie i zostaje sam ze swoimi myślami. Dodatkowo ta atmosfera mnie dobija, kolejny rok i człowiek się dobija wmawiając sobie, że nic nie osiągnął. Myślę o tym, że z dnia na dzień moje życie traci sens. W tym roku wbiję 33lvl, dalej mieszkam z rodzicami, dalej nie znalazłem w życiu miłości. Mam pracę, którą naprawdę lubię, choć nie zarabiam w niej Bóg wie ile (6500 netto). Chodzę na terapię, myślę, że w tym roku poczyniłem postępy, czuję się lepiej, stałem się bardziej asertywny. Obroniłem magistra. Kupiłem sobie jakieś fajne rzeczy, spłaciłem kredyt. Tylko, to wciąż za mało...Boję się, że w pewnym momencie osiągnę taki punkt, gdzie wszystkie osiągnięcia, sukcesy czy plusy przechylą się na szali ku świadomości, że moje życie nie ma żadnego sensu. Gdybym dziś umarł, zniknął - tylko dwie osoby by się przejęły. Moja mama i moja najlepsza przyjaciółka. Może tylko one mnie trzymają jeszcze na tym świecie. Coraz trudniej mi odnaleźć w czymś radość, coraz trudniej znaleźć sens. Mnóstwo rzeczy, które robię są na zasadzie, że tak trzeba. Stawiam sobie cele, żeby do czegoś dążyć, mimo, iż nie czuję, że ma to sens. To nie pierwszy anonim, który to napisałem. Nie oczekuję niczego po tym wpisie, oprócz tego, żeby jakoś z siebie wyrzucić te emocję. Chciałbym umieć żyć inaczej, ale boję się, że już jest na to za późno. Choć podobno, to nadzieja umiera ostatnia.#zalesie#depresja

