Czy komuś z Was udaje się łączyć #szosa z #silownia #mikrokoksy Od zawsze miałem sylwetkę skinnyfat i przez brak wiedzy jak sobie z tym radzić przez lata redukowałem "w nieskończoność". Dopiero jakoś równo rok temu trafiłem na jakiś film o sylwetce skinnyfat i zrozumiałem swój problem. Zacząłem jeść niewiele poniżej swojego 0 kalorycznego z tym, że trzymałem białko na poziomie 2,5 g/kg. Dosyć szybko zacząłem nabierać mięśni jednocześnie tracąc tłuszcz. Koło stycznia wszedłem na niewielki plus ~200 kcal i powoli sobie masowałem. W efekcie koło maja moja sylwetka w końcu zaczęła mi się podobać po tylu latach. Wiadomo - masy nie nabiłem nie wiadomo ile, ale w końcu było "widać, że ćwiczę". No i wtedy zaczął się sezon na rower szosowy, więc zacząłem sobie kręcić 2-3 w tygodniu. 1-2 krótkie jazdy i weekendowa wycieczka z kolegami (4-6h), typowy endurance koło 23-25 km/h. Według pomiaru mocy paliłem podczas tych jazd ok. 2500 kcal. Białko trzymałem dalej, trenowałem prawie tak samo (nogi mniej), ograniczałem spacery i uzupełniałem ok. 80% tego co paliłem na rowerze.W efekcie po sezonie rowerowym znowu zaczynam wyglądać jak gówno. Z jednej strony rower daje mi to ogromną frajdę, ale jak widzę, że marnuje cały efekt mojej pracy na siłowni i trzymania michy to się odechciewa. Zresztą patrząc po innych osobach jeżdżących na szosie, to większość to suchoklatesy z brzuchami albo totalne szczury 65kg.Więc jak i czy w ogóle się da? Na bombę na razie nie chcę wchodzić xD

