#depresjaCzy prawo do zaburzeń psychicznym przysługuje tylko osobom po przebytych traumach lub nieporadnym życiowo? Czy osoba posiadająca stabilne zatrudnienie, przyzwoite dochody, rodzinę, w zasadzie wszystko co niezbędne do spokojnej egzystencji nie może mieć problemów psychicznych? Jestem lvl 36. Mam wszystko co opisane wyżej. Mimo to, od lat towarzyszy mi uczucie dojmującego smutku. Nie bez przerwy, są okresy, czasem dość długie, gdy czuję się naprawdę dobrze. Ostatnio jednak zauważam, że epizody smutku są silniejsze, paraliżujące, sprawiają wręcz fizyczny ból. W takich chwilach nie jestem w stanie myśleć racjonalnie, pogrążam się w tej rozpaczy i to rujnuje moje życie małżeńskie i towarzyskie. Odcinam się od znajomych, gdy ktoś proponuje spotkanie nie odpisuję na wiadomość lub szukam wymówek. Jest mi bardzo ciężko zmusić się do codziennych obowiązków, mam w głowie chaos, nawet głupia rzecz sprawia, że zamykam się w sobie. Odtrącam ludzi naokoło i jednocześnie czuję ogromną samotność. Osoba, z którą jestem w małżeństwie jest DDA, przez cały nasz związek borykaliśmy się z rozmaitymi trudnościami, czy to ekonomicznymi, czy to związanymi z przejściami dziecka alkoholika. Wiele razy, przy moich spadkach nastroju padały słowa "co ty możesz wiedzieć o problemach, twoje dzieciństwo było szczęśliwe, żyjesz w bańce, nic nie wiesz o życiu". I takie też było moje myślenie, gdy już kryzys mijał - co ja wymyślam, zamiast się cieszyć z tego co mam to histeryzuję. Wczorajszy dzień był przełomowy i wydaje mi się, że bez pomocy nie dam sobie dalej rady. Przy filmiku z yt powstała pętla wisielca. Pierwsza próba to było tylko przymierzenie i dopasowanie długości sznura. Płacz. Kolejna próba - zaciśnięcie pętli bardzo mocno, na dłuższą chwilę. Ogarnął mnie przeraźliwy strach przed śmiercią. Kolejny epizod płaczu, łkania. W tamtym momencie nastąpiła ponowna analiza za i przeciw. Czy świat potrzebuje kogoś takiego? Osoby brzydkiej i wewnątrz i na zewnątrz? Osoby, która swoim zachowaniem tylko krzywdzi najbliższych? Trzecia próba, tym razem oprócz zaciśnięcia pętli robię krok niżej po stopniu drabiny. Czuję jak zaczyna kręcić mi się w głowie, takie uczucie jak przy zapadaniu w sen. Dociera do mnie, że to się dzieje i nie boli, tak jak mi się początkowo wydawało. Po prostu zasnę, to takie proste. Z trudem odnajduję grunt pod nogami, ściągam pętlę, idę się położyć. Tym razem nie płaczę. Towarzyszy mi zdumienie. Myślę nad tym co zaszło, potwornie boli mnie głowa, w końcu zasypiam.To nie jest pierwszy raz, kiedy podejmuję próbę samobójczą (choć nie wiem, czy można to nazwać próbą). Coś takiego miało już miejsce w wieku 15 lat, wtedy były to tabletki, wszystkie jakie wpadły mi w ręce. W większości leki na serce rodziców. Skończyło się płukaniem żołądka, potem wszystko rozeszło się po kościach.Przez te wszystkie lata nigdy nie było tak blisko targnięcia się na życie jak teraz. Najbardziej przeraża mnie to, że to takie proste. Boję się, że przy kolejnym epizodzie depresyjnym już się nie powstrzymam. Nie wiem co mam robić, boję się powiedzieć o tym komukolwiek, boję się przypięcia etykiety wariata, boję się, że to się odbije na moim życiu zawodowym. Nie wiem jak mam rozmawiać o tym w małżeństwie, najbardziej chyba boję się wyśmiania, zbagatelizowania problemu i że to jeszcze bardziej mnie pogrąży.

