Jest pewien argument dla którego nie popieram podatku katastralnego od którejś kolejnej nieruchomości, oraz dzielenie ludzi na bogatych i biednych zależnie od tego ile posiadają nieruchomości. Odziedziczyłem ułamki kilku nieruchomości w których mieszka moja rodzina. Te nieruchomości są prawie nic nie warte, to są wielkie płyty do generalnego remontu na słabych osiedlach w miastach powiatowych. Nic z nich nie mam, bo przecież nie każę się babci wyprowadzić. Kredytu 2% też bym nie dostał, bo według warunków kredytu jestem zbyt bogaty na to. Tak na prawdę po prostu tak mi się wylosowało że dostałem te nieruchomości i nie miałem na to żadnego wpływu. W żaden sposób to mojej majętności nie zwiększa. Nie sprzedam bo mój udział jest niewiele warty. Nawet jakbym chciał oddać to komuś z rodziny, transakcja musiałaby być podpisana przez wielu innych członków rodziny bo są współwłaścicielami. Nawet jakby babcia zmarła, mój udział jest warty kilka tysięcy. Według ksiąg wieczystych mam 5 nieruchomości. Ktoś inny mógłby posiadać jedną nieruchomość pod wynajem - wartą 5 milionów, która byłaby w rzeczywistości wieloma mieszkaniami, ale zarejestrowanymi jako jedno. Jestem pewien że powstawałyby "prywatne akademiki" gdzie mikrokawalerki byłyby pokojami w jednym wielkim mieszkaniu ze stoma łazienkami i kuchniami.Nie piszę tego żeby atakować którąś stronę, chę pokazać inny punkt widzenia - ludzi którzy odziedziczyli nic nie warte nieruchomości i nic z nią nie mogą zrobić bo ktoś z rodziny tam mieszka. #nieruchomosci

