#alkoholizmZaczęło się na studiach, maratony chlania, dzień w dzień. Potem kilka dni dojścia do siebie np. w weekend w domu i znowu na karuzelę. W drugim semestrze chlałem już codziennie z kumplem na stancji. Kumpel też nadal pije, przeze mnie został alkusem, bo to ja namawiałem go do picia, potem samemu mu sie spodobało. Potem poznałem dziewczynę, ale nadal chlałem. Mieszkaliśmy razem, pewnego dnia była awantura, powiedziałem że x dni nie tknę piwa. Zawsze chlałem piwo, albo winiacze. Do wódki mnie nie ciągneło. W postanowieniu wytrwałem, bez większego problemu. Czułem że mam kontrolę i po prostu lubię piwo. Przestałem chlać do odcinki, ale nadal codziennie te 3-4 piwa piłem, na sen jak to sie mówi. Studia skończyłem, przeprowadziliśmy się do innego miasta, łapałem się gówno robót i raczej piłem tylko w weekendy, ale już po 8 piw na wieczór. Lubię piwo. No ale niestety zaczęło się zdarzać powoli pić piwo w tygodniu, potem na okrutnym kacu do roboty. Jedna praca, druga, trzecia itd. aż w końcu znalazłem fajną robotę co ją lubię. Zarabiam wg mnie ok. Mam już własne mieszkanie. W pracy miałem luzy, więc i picie w tygodniu się nasiliło. Potem pandemia, praca zdalna to już w ogóle poszło lawinowo. Zacząłem codziennie pić po 4 piwa, potem po 5, potem 6. Te 6 zwykle wystarczało, ale żona zaczęła się wkurzać, trochę przystopowałem, ale wieczory bez picia były strasznie depresyjne. W końcu dostałem ultimatum - max 1 piwo - to był gwoźdź do trumny. Owszem piłem jedno piwo zgodnie z ultimatum. Ale po kryjomu jeszcze waliłem 200. Zaczęło być mało, jestem na etapie chlania codziennie 500ml czystej + jedno piwo. Zawsze pije wieczorem przed snem, jak zdarzy się dzień bez picia to w nocy zawsze strzyga, poty, lęki. Mam już dość picia, ale perspektywa wieczoru bez butelki jest zwyczajnie nudna, a noc straszna. Nie wiem jak sobie z tym poradzić, nie chce już pić.

