Opublikowane

Jak pokonałem trudne dzieciństwo i osiągnąłem sukces

Pochodzę z domu, w którym ojciec pił. Funkcjonalnie, jak to się ładnie nazywa. Matka odeszła wcześnie, więc jej w zasadzie nie było. Pieniędzy w domu nigdy nie było za dużo, a właściwie nie było ich prawie wcale. Wycieczki szkolne, nowe ubrania, modne rzeczy - to była abstrakcja. Ubrania dziedziczyłem po starszym bracie, po mnie nosiła je młodsza siostra. Taki rodzinny obieg zamknięty.W podstawówce książki i zeszyty nosiłem w worku. Miałem jeden długopis, ołówek, jakiś flamaster i temperówkę. Plecak dostałem dopiero w szóstej klasie i służył mi aż do pierwszej klasy liceum. Resztę przyborów szkolnych dostawałem od kolegów. Cyrkiel po sąsiedzku mam zresztą do dziś. Piórnik - od nauczycielki języka polskiego, bo najwyraźniej uznała, że nawet na biedę wypada mieć opakowanie.Oczywiście byłem obiektem stałych drwin. Biedak. Ubrania po bracie. Fryzura nie taka. Worek zamiast plecaka. Klasyka. Mogłem się poskarżyć nauczycielom, ale oni i tak nie mieli żadnej realnej władzy nad tymi „kolegami”. Poza tym ważyłem wtedy mniej więcej tyle, co dobrze utuczona gęś wyścigowa, więc nawet fizyczna obrona była czysto teoretyczna. Jakoś przez to przeszedłem.Dziadków od strony ojca nie pamiętam - zmarli, gdy miałem około dwóch lat. Dziadków od strony matki w zasadzie nie poznałem, bo ojciec zakazał kontaktów. Wychowywał mnie głównie on i nauczyciele. Ojciec nauczył mnie jednego: że alkohol i papierosy to zło. Paradoks polegał na tym, że uczył mnie tego regularnie, bijąc mnie pasem albo ręką. Za byle co. Od najmłodszych lat. Gdy podrosłem i urosłem, przestał. Ja też przestałem się dawać.Ucieczki z domu były normą. Raz udało mi się uciec nad morze. Złapała mnie policja i odtransportowała z powrotem do domu, mimo że mówiłem, że ojciec mnie pobije. Pobijanie było jakby w pakiecie powitalnym. Nie miałem do kogo się odezwać.To nauczyciele wbili mi do głowy, że edukacja jest kluczem. Że to jedyna realna droga wyjścia. Długo mnie nie musieli przekonywać. Uczyłem się solidnie, choć bez bycia prymusem. Za to byłem najlepszy z geografii, historii, matematyki, fizyki i biologii. Bez fałszywej skromności - zjadałem innych na śniadanie. Głównie dlatego, że wolałem siedzieć w bibliotece albo na dworze z książkami niż w domu.Jedna z nauczycielek, od polskiego, pozwalała mi czasem siedzieć u siebie. Dawała obiady, rozmawiała, traktowała mnie jak syna. Była kimś w rodzaju mamy, której nigdy nie miałem. Moja biologiczna matka zmarła, gdy miałem około 13-14 lat. Dowiedzieliśmy się o tym długo po fakcie. Jej grobu nie odwiedzam. Nie mam po co. Nigdy jej nie było. Do dziś mam do niej żal, że zostawiła nas z tyranem.Z rodzeństwem żyliśmy w zgodzie. Pomagaliśmy sobie, jak się dało. Gdy tylko była okazja, pracowaliśmy: sprzątanie klatek, zbiory jabłek i truskawek, pilnowanie dzieci, noszenie zakupów. Za pierwsze pieniądze kupiłem rower - narzędzie pracy i wolności. Reszta szła na buty, jedzenie, ciuchy z lumpeksów. Sprzedawcy znali nas i wiedzieli, z jakiego domu jesteśmy.Święta były najgorsze. Inni dostawali prezenty, my - pijanego ojca. O tym, jak wygląda normalna Wigilia, dowiedziałem się, gdy sąsiadka zaprosiła nas do siebie. Kolędy. Opłatek. Uśmiechy. Barszcz z uszkami. Prezenty. Skarpetki, bluzy, kurtki. Płakaliśmy ze szczęścia. W następnym roku ojciec zrobił jej awanturę, że „kradnie mu dzieci”. Potem było bicie. Jak zawsze zresztą. W liceum oszukałem właściciela kawiarenki internetowej, że mam 18 lat, i pracowałem tam na czarno przez cztery lata. To była moja pierwsza prawdziwa praca i pierwsze własne pieniądze. Wreszcie mogłem kupić sobie ubrania, plecak, zapisać się na angielski. Złożyłem papiery na studia. Dostałem się. Problemem były dojazdy i akademik, którego nie chciałem.Komputery stały się naszym światem. Z bratem stworzyliśmy portale internetowe, które zaczęły przynosić sensowne pieniądze. Założyliśmy działalność. Robiliśmy wszystko: serwis, systemy, strony, grafikę. Ojciec przestał być potrzebny.Zmarł, gdy miałem 25 lat. Na sepsę i zapalenie płuc. Nie byłem na pogrzebie. Rok później zginął mój brat, potrącony przez pijanego motocyklistę. To był moment, który łamie kręgosłup. A jednak skończyłem studia. Wyjechałem do Niemiec. Zatrudniłem się jako informatyk. Awansowałem. Powoli, ale konsekwentnie.Dziś mam około 40 lat. Pracuję w dużej korporacji IT, zarządzam zespołami w kilku krajach Europy. Mam dom, samochód, narzeczoną i dziecko w drodze. Pomagam innym. Regularnie. Bez rozgłosu. Bo nie ma się czym chwalić.Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam nauczycielom, rodzeństwu i systematycznej pracy. Nie byłem bananem. Nie byłem geniuszem. Byłem dzieciakiem z workiem zamiast plecaka.I dlatego wkurza mnie gadanie, że bieda skazuje na dno. To nieprawda. Da się. Trzeba pracować, wierzyć i przestać użalać się nad sobą. Życie jest trudne. Bywa brutalne. Ale da się je wygrać. Tylko trzeba wstać i iść dalej.#mojahistoria
294

Dyskusja

Nie ma jeszcze anonimowych odpowiedzi.

Komentarze z Wykopu

Sprawdzamy liczbę komentarzy...

Akcje

Otwórz wpis na wykop.pl
Klucz publiczny:

fkjqvzqiq0voq3n93qzucpf7

Dodane: 26 grudnia 2025 - 21:03:45
Opublikowane

Autor był widziany10 miesięcy temu
Zobacz wszystkie wpisy