Mam 36 lat, jestem singlem. I tak się czasami zastanawiam czy tak ma wyglądać moje życie już do samej śmierci? Już na zawsze wszystko samodzielnie, potem jeszcze jak rodziców zabraknie to będę całkiem sam.Dopóki byłem jeszcze w ogóle nie doświadczony i nie poznałem jak wyglądają relacje, jakie są kobiety, jak to się wszystko kończy to człowiek miał taką szeropojętą wiarę, nadzieje, pragnął tego związku, będąc w jakieś relacji czułem się szczęśliwy, spełniony, nabierałem motywacji życiowej i powera - ot po prostu rozwijałem skrzydła. Mimo że praktycznie wszystkie relacje z kobietami były negatywne to i tak człowiek nie tracił tej nadzieii, że się pozna w końcu normalną, ale po ostatnim razie który był najbliższy czegoś zdrowego, gdzie nie mam żadnej kosy z tą osobą i życzę jej dobrze to i tak się mocno zawiodłem i miałem nowy zestaw danych z którego wyciągnałem wniosek, że zbudowanie trwałego związku na całe życie jest po prostu nie realne i nie da się tego zrobić. Idea związku stała się dla mnie mrzonką, bajeczką, świętym mikołajem, czymś w kategorii takiej samej jak spacer po księżycu. gdzie w ogóle nie biorę pod uwagę, powodzenia, zainteresowania, poznawania się itd, tylko już budowanie relacji. Coś o czym całe życie marzyłem, to czego zawsze chciałem, coś co pozwalało mi rozwinąć skrzydła całkowicie znikło z planu. Od tamtego czasu (3 lata) nie mam żadnego celu w życiu. Żyje sobie po prostu, aby do przodu, staram się cieszyć z małych rzeczy, doceniać to się ma, jakieś hobby, prowadzenie relatywnie zdrowego trybu życia, prawidłowa waga, ćwiczenia.Natomiast o kobietach moje zdanie jest tylko gorsze i gorsze, o ludziach ogólnie zresztą też. Kompletnie już tego nie czuje, nie mam odczuć że jaram się jakąś laską, że chce ją poznać, stałem się kompletnie bierny jeżeli chodzi możliwość poznawania kogoś. Związek to mam od górne założenie że i tak się nie uda i znowu będę cierpiał. Dość mam też odrzucenia po tinderach za to że nie jestem bogaty czy nie mam prestiżowego stanowiska. Dość mam ogólnie odrzucania. Dość mam tych wszystkich negatywnych emocji i odczuć które płyną z relacji czy poznawania nowych ludzi. Seksu nie uprawiam w ogóle, i tak prawie nigdy w życiu go nie miałem poza związek czy jakimiś relacjami, ale w całym swoim 36 letnim życiu w łóżku byłem aby z dwoma kobietami co tez nie jest równoznaczne z tym, że były to tylko doświadczenia pozytywne.Po prostu nie ma we mnie czegoś takiego, wyrwać laskę aby ją wyruchać więc i też chęć przespania się z kimś nie działa na mnie w żaden sposób motywująco i mam w to w dupie mówiąc krótko. Wiadomo też że popęd seksualny zależy od mnóstwa czynników, nawet samopoczucia w danym dniu ale co raz rzadziej kojarzę dni aby nie móc się napatrzyć na jakąś laskę na ulicy itp, masturbacja kiedyś dawała dużo większą frajdę teraz jest bardziej mehh, aczkolwiek robię to raczej często jednak staje się to co raz bardziej płytkie.Kiedyś jak miałem okazje na poznawanie to zawsze coś działałem aby się jakoś zbliżyć do kobiety która mi się podobała itp. teraz mam to w dupie, zwłaszcza że teraz odnoszę wrażenie że wszystkie kobiety są mega roszczeniowe i nie dają od siebie absolutnie niczego. To ja nawet będąc młodszy przekreślałem już kobiety jak one nic nie robiły, to co mówić teraz, gdzie mi bardziej nie zależy już na tym. Sam fakt, że weź kogoś nawet poznaj, całe życie musisz swoje opowiedzieć a jak jest się starym to jest to trudno.Będąc w jakieś relacji jak druga osoba mnie znalała dobrze a ja nią. No to w ogóle miałem odczucie aby to gdzieś zapisać zachować, i jak sobie pomyślę że wszystko od nowa miałbym budować to też mi się odechciewa. Zwłaszcza że tez nie jestem już taki fajny jak byłem kiedyś. Nie mam tak gadane, nie ma we mnie takiego życia czy nie wiem jak to ująć. Na pewno patrząc z boku lepiej oceniłbym swój charakter X lat temu niż dzisiaj. Natomiast obecnie to aby wygląd mega na plus, z racji na prawidłową wagę. Podobam się sobie.No i sam nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Od takie wyrzucenie luźnych przemyśleń bo z nikim nie gadam.#zwiazki

