Przy okazji dzisiejszego wpisu pewnego Mirka o tym, że obserwował jak do sąsiadki, którą pamięta jak była dzieckiem przyjechał chłopak, a jemu nie dane było nawet trzymać dziewczyny za rękę przypomniała mi się pewna sytuacja ze studiów. Mieliśmy takiego chłopa na studiach o aparycji 2/10, nieśmiałego i cichego, z katolickiego domu. Pewnego razu gadaliśmy w grupce o dziewczynach i któryś rzucił do niego z głupia frant (a w konwersacji w ogóle się nie udzielał) co on sądzi o seksie przedmałżeńskim. Koleś tylko coś bąknął i poszedł w swoją stronę, a w grupce zapanował gromki rechot, że pewnie nawet nigdy za rękę nie trzymał. I zrobiło mi się wtedy autentycznie przykro, bo to, że bozia wyglądem go nie obdarzyła i nie ma na to zupełnie wpływu jest przykre, ale dopier***nie takimi tekstami jest jeszcze gorsze. W szkole również miałem koleżanki, które były brzydkie, grube, z zezem i dzisiaj większość z nich ma męża, dzieci, rodziny. Czasem zimny pot mnie oblewa na myśl, że mógłbym się urodzić z ch**owym wyglądem i moje życie wyglądałoby zgoła odmiennie. Bo jasne, można się dobrze uczyć, znaleźć dobrze płatną robotę, ale to, że nigdy nie poczujesz się pożądany, nigdy nie zaznasz nastoletniej miłości, pierwszych pocałunków i seksu jest po prostu nie do ocenienia. A później się dziwić, że stosunek samobójów kobiet do mężczyzn to 1:8 czy coś w ten deseń. #przegryw

