Pół roku temu, kilka dni po moich 30. urodzinach, odeszła moja mama – najbliższa mi osoba. Od momentu, gdy zdiagnozowano u niej czerniaka, to ja byłem jej wsparciem. Byłem jej kierowcą, który niemal zawsze zawoził ją na badania, a później codziennie odwiedzałem ją w szpitalu aż do ostatniego dnia. Byłem przy niej, gdy odeszła. W ciągu tych kilku lat naszej wspólnej walki choroba zmieniła naszą relację – staliśmy się bardziej przyjaciółmi niż tylko matką i synem. Chociaż nigdy nie powiedziałem jej, że ją kocham ani nie usłyszałem tego od niej.Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem maminsynkiem, ale czułem, że to mój obowiązek, by wspierać ją na każdym kroku, ponieważ nie mogła liczyć na mojego ojca ani bliższą rodzinę. Mimo upływu czasu, 1 listopada był dla mnie wyjątkowo trudnym dniem – po raz pierwszy poszedłem na jej grób, aby zapalić znicz. To doświadczenie było bardzo bolesne i nikomu go nie życzę.Wciąż miewam chwile, gdy nie mogę uwierzyć, że to się naprawdę stało, i nie potrafię się z tym pogodzić. Potem jednak uświadamiam sobie, że nie ma już to znaczenia – nigdy więcej nie zamienię z nią ani słowa. Boję się, że powoli zaczynam zapominać jej głos i że z czasem utracę większość codziennych wspomnień z nią związanych. Bardzo chciałbym teraz usłyszeć od niej, że byłem dobrym synem, który jej nie zawiódł i był przy niej w najtrudniejszych chwilach.Nie wiem, dlaczego to tutaj opisuję... chyba po prostu mam potrzebę wyrzucić to z siebie przed obcymi ludźmi, bo przed bliskimi wciąż nie umiem się otworzyć i powiedzieć, jak naprawdę się czuję. Trzymajcie się, mirki i mirabelki, i pamiętajcie o swoich rodzicach – spędzajcie z nimi czas, póki możecie.#przemyślenia

