Od jakiegoś czasu moje samopoczucie leci na łeb.Jestem przed trzydziestką, mam żonę i małą córeczkę, niezłą pracę. Własnego kąta jeszcze nie mamy ale o tym później.Niedawno zderzyłem się z rzeczywistością jeśli chodzi o zarobki. Myślałem że zarabiam dobrze, byłem dumny z tego że moja rodzina może sobie na wszystko pozwolić, niczego nam nie brakuje. Pewnego wieczoru postanowiłem usiąść i policzyć jak to w rzeczywistości wychodzi.Co miesiąc jesteśmy na minusie. Wynajem, żywność, rachunki, bierzące potrzeby - to wszystko zdrożało nie wiadomo kiedy. Niby nie szastamy pieniędzmi i mamy umiar ale bez zaciskania pasa nie zostanie nic z miesiąca na miesiąc.Poduszka finansowa i kapitał na wkład własny kurczy się zamiast przynajmniej zostać na swoim poziomie.Kupno mieszkania się oddala, co jeszcze bardziej mnie rozwściecza.O hobby i rozwoju osobistym mogę zapomnieć. Po 8 godzinach pracy wracam do domu i nie chce mi się nic robić. Oczywiście dzieckiem trzeba się zająć, może coś sprzątnąć, ugotować ale cała reszta jest dla mnie nierealna.Miałem w zwyczaju uczyć się w wolnym czasie - albo do pracy, albo tak dla siebie bez konkretnego celu. Chodziłem na siłownię, chciałem popracować nad sobą, nauczyć się grać na gitarze - teraz to niemożliwe.Doszedłem do wniosku, że popełniłem błąd - wszystko się posypało przez dziecko. Nienawidzę siebie za to że w ogóle jestem w stanie tak pomyśleć ale taka jest okrutna prawda. Za szybko się na nie zdecydowaliśmy, za słabo zabezpieczyliśmy przyszłość.Jestem zfrustrowany i zrezygnowany, okazuje się że moje życie było sielanką tylko dlatego, że żyłem w niewiedzy. Powolne dokładanie kolejnych wyrzeczeń to było gotowanie żaby - powolna śmierć dawnego mnie.Teraz pozostaje mi zacisnąć zęby, zap!@#$%^&+ć i mieć nadzieję, że będę na tyle silny by to wszystko ogarnąć zanim przekroczę granicę zza której nie ma powrotu.

