Szybko zmarła mi matka. Mialem wtedy 12 lat i ciężko to przeżyłem. Ojciec też, więc szybko musiałem dorosnąć, by zająć się młodszym rodzeństwem, bo stary nie ogarniał nawet tyle, by płacić rachunki i ugotować obiad dla dzieci. Teraz, już jako dorosły człowiek, panicznie boję się upływu czasu i przemijania. Boję się utraty ojca w przyszłości. Płakać mi się chce, jak widzę, jak i on i rodzina (wujkowie, ciocie) się starzeją i robią niedołężni. Poradziłem sobie z tyloma rzeczami w życiu, a z tą jedną, z tym jednym lękiem nie mogę. Nie wiem już, co robić, strasznie przytłacza mnie to psychicznie. Mam też wrażenie, że nigdy nie pogodziłem się do końca ze śmiercią matki, chociaż minęło już prawie 20 lat. Mam trochę żal do życia, że straciłem tyle lat dzieciństwa i w sumie nie mogłem zrealizować wielu planów - musiałem wybrać np. szkołę zawodową. Po śmierci matki klepaliśmy biedę i chciałem jak najszybciej iść do pracy, by móc zjeść coś więcej niż gruz, choć uczyłem się dobrze i chciałem iść na studia. Rodzeństwo miało dzięki mnie trochę więcej możliwości i cieszy mnie to, ale no, dalej pozostaje ta odrobina żalu do świata... A ja w sumie nie mam się nawet komu wygadać.#mirkowyznania

